Strony

poniedziałek, 4 listopada 2013

Witam Was, tą chłodną wieczorową porą...
Jak minął wam dzień? Mam nadzieję, ze tak samo dobrze jak mój...
Powracam z nowym opowiadaniem, świeżuteńkim, niczym bułeczka z piekarni...
Napisane w autobusie na kolanie, wypisującym się długopisem...
Nie ma zakończenia...
Ale klawiatura i elektronika potrafią zdziałać cuda...
Przyjdzie jeszcze czas na zakończenie...
I bez tytułu, bo nie lubię tytułów...
I kropka.

***



I znów się spotkali, po 5 latach …
Ona szła zdecydowanym krokiem przez ulice zachłyśnięte jesienną aurą Warszawy.
On właśnie wychodził z korporacji.
Jego postać nie uszła jej uwadze, zawsze była nad wyraz spostrzegawcza. Rozpoznała go natychmiast.
Był nadal tak samo diabolicznie przystojny, nienagannie niezmienny.
`Tylko jego ubiór był teraz szykowniejszy i gustowniejszy niż ona mogłaby kiedykolwiek przypuszczać.
Perfekcyjnie skrojony garnitur w odcieniu głębokiego granatu stojącego na pograniczu z czernią.
Koszula niebieska ,w odcieniu jasnego błękitu nieba, podkreślająca szafir oczu.
I nareszcie twarz… wciąż młoda, z łagodną lekkością zmarszczek, odziana w ogrom pewności siebie.
Uderzyła ją pierwsza faza lodowatego gorąca
Gorąco…
Zimno…
Lodowato…
Przeraźliwy chłód…
Chciała ze wszystkich swoich sił krzyknąć jego imię…
To, którego nie wymawiała przez te wszystkie lata nieobecności…
Ale nie mogła…
Mózg nie wysyłał jakiegokolwiek jednosekundowego impulsu do gardła, nie była w stanie wydobyć z siebie pięcioliterowego dźwięku.
Niosło się jedynie echo w jej temperamentnym wnętrzu serca.
A przed oczyma zarysowały się na nowo wszystkie obrazy beztroskich wspomnień z nim.
Z każdą sekundą były coraz to świeższe, bardziej wyraziste.
Te wszystkie pieskie dni, które dobiegły końca.
         Spostrzegł ją.
I stanął jak pal wbity w ziemię.  Spojrzał subtelnie spod lekko wywiniętych rzęs , z sentymentem pełnym odległych uniesień serca.
To nie było zwyczajne spojrzenie stęsknionego mężczyzny względem dawno niewidzianej kobiety.
Nie było w nim ni krzty obojętności wobec niej.
To coś w rodzaju skrytego pragnienia płynącego z najgłębszych zakamarków jego duszy.
Niespodziewana potrzeba i okazja wpatrywania się w nią bez zbędnych, mdłych słów jak na obraz w złotej ramie.
               Szli teraz ku sobie…
Nie sposób zliczyć ich myśli… częstotliwość ich brzmienia i samoistnego tworu.
Oboje doskonale wiedzieli, że to nie jest spotkanie dwojga ludzi,
Przeciętnie znających się tylko z kilku pachnących płycizną rozmów o polityce.
Oni znali się w każdej sferze umysłów…
Na polu psychicznym, fizycznym, intymnym.
Każde jedno było świadome wad i najsłabszych punktów drugiego.
Występowało miedzy nimi bolesne zaciśnięcie serc.
Serc samotnych…
Które przez jakiś ułamek życia policzony w latach, czy dniach podążały razem.
Jedną ścieżką…
Ale w pewnym momencie po prostu znalazły się na rozstaju ścieżki…
I każde świadomie wybrało inną…
Lecz biły nadal tym samym regularnym rytmem, nie zdając sobie z tego sprawy.
             On pewniej podążał w jej stronę. Jakby zobaczył słońce w środku pochmurnej zimnej nocy, do którego gna.  Był coraz to bliżej…
A z każdym przebijającym się zza chmur słonecznego promienia ta bliskość stawała się narastająco niebezpieczniejsza.
I stało się…
Przywitał ją ciepło nie wahając się przy tym ani chwili.
W tym momencie jej policzek zapłonął ogniem niczym kominek do którego dołożono drewna.
Narodziła się nowa rozżarzona iskra.
Ich oczy o jednakowej barwie spotkały się na złamany ułamek sekundy.
Wreszcie z jego skromnie wydatnych, charakterystycznych ust w kolorze ciemnej maliny padły słowa.
Tylko on miał takie wargi. Jeden jedyny. Nikt przed nim, nikt po nim.
- Cześć-powiedział lekko zmieszany sytuacją.
-Witaj-odparła teraz głośno, aby udać swoje zdecydowanie.
Bywała wysublimowaną aktoreczką, w ogromie sprytu, ale on doskonale to wiedział…i zawsze dotrzymywał jej w tym kroku.
-Pięć lat…a my spotykamy się tutaj…co u Ciebie ?- zapytał z radością brzęczącą w głosie.
-Pięć lat razy 365 w roku odejmując jeden dzień w przestępnym daje nam jakieś 1824 dni.-Zaszeleściły niczym jesienne liście jej pełne złocistych barw słowa.
-Nauczyłaś się matematyki…- Odparł zdumiony.
-Ty mnie nauczyłeś…rzuciła z natką kokieterii w głosie
-Gościsz w stolicy? -Zapytał dociekliwie z lekkim przekąsem
-Mieszkam.- rzekła składając kąciki ust w lekki uśmiech
-Jak długo?- Dociekał nadal, spoglądając ukradkiem na opadające w całkowitej subtelności jasne promieniste malowane dojrzałym zbożem włosy.
-Jakieś cztery miesiące- Odparła swobodnie, czując przewagę nad jego ciekawością.
-Sama ?-Dopytywał idąc coraz to dalej.
-Bezpośredni jak zawsze… Tak. -
-Od Zawsze Cię tu ciągnęło.
- Dokładnie tak jak Ciebie.
-Urosły Ci włosy
-Włosy mają to co siebie, że rosną – rzuciła z brawurą bystrości w głosie.
Roześmiał się drwiąco jak miał to w zwyczaju robić zawsze po tym, gdy brakowało mu słów grających w ich słownym teatrze. Wpatrywał się, z lekką zadumą. Jakby wspominał dni płodne w tysiące głośnych uśmiechów i słyszał teraz ich ogłuszające go echo. Pragnie jak dawniej po prostu chwycić lekko jej dłoń i powiedzieć „chodźmy do kina”, ale tego nie robi. Brakuje mu odwagi. Szuka w głowie czegoś innego… I po chwili błogiego milczenia brnie w rozmowę dalej…
-Może kawa ?- zapytał




Brak komentarzy: