Co robi Verena Clu wracając z kółka teatralnego,
Gdy popiętroli jej się rozkład autobusów?
Czeka dwadzieścia dwie minuty w swoim cienkim, podszytym wiatrem biało-czarnym płaszczyku...
Picnieje z zimna...
I pisze bzdurne opowiadania...
Zbliża się jesienny chłód zmierzchu.
Liście zaprzyjaźniły się już na dobre z ziemią. Grają okryte zgnilizną uliczne koncerty.
Wysyp młodzieży, dość nieokrzesanej trzeba przyznać .
Siedzę na przystanku z na wpół wypisującym się długopisem z niebieskim wkładem i czarnym zeszytem w duże białe grochy, robiącym za brudnopis od polskiego. Opisuję jakieś małoznaczące interakcje zachodzące w społeczeństwie. Taka socjologia na dość niskim poziomie. Dla jasności sytuacji uciekł mi autobus, a następny przyjedzie za około dwadzieścia minut. Nadchodzą dwie dziewczyny. Jedna blondynka, druga zaś brunetka. Ta pierwsza usilnie próbuje udawać inteligentną, twierdząc, że matematyka jest w miarę, podkreślam miarę prosta, dyskutując z jakimś bliżej nieokreślonym młodzieńcem w dresie, który zapewne jest jego wyjściowym ubraniem. Brunetka w ładnym chińskim koku milczy. Zapytałabym ich o długopis, ale szybko rezygnuje z zadania tego pytania. Nie chcę im przerywać w wymienianiu się między sobą rozdziałami ambicji jakie im nieustannie towarzyszą oraz późniejszej jakże niesamowicie barwnej słownej dyskusji na wysokim poziomie, której tematem jest „ Ile papierosów może zmieścić się w kieszeni mojego dresu”. Śmie wnioskować, iż Panna Platyna prawdopodobnie jest w poważnym związku emocjonalnym jaki fizycznym z Młodzieńcem od niewiadomej liczby papierosów mieszczących się w jego kieszeni. Mówi o sobie i nim w liczbie mnogiej pod słowem „My”. Pojawia się nowy wątek konwersacji, ma na imię Paulina, swoją drogą całkiem ładnie. Tajemnicza Panna P lekko zasugerowała, żeby Platyna i Dres wybrali się z nią w piątek na cmentarz. Aczkolwiek Blondynka kpiąco ją wyśmiewa. Zapewne bardzo za nią przepada. Swoją drogą to ciekawe czy obie żywią miłość do tego samego odcieniu platyny… Chłopak odejmując peta od ust całuje ją w czoło. A mnie tymczasem ogarnia jakaś ohyda, wyobrażam sobie, że musi zalatywać podobnie jak popielniczka mojej ciotki Stefy. Nadjeżdża autobus linii „1”. Wsiadamy. Sympatyczna Platyna kręci teraz włosy na palcu, idąc jej tokiem myślenia jest w stu procentach przekonana, że to dodaje jej kokieterii , podczas gdy Brunetka nadal milczy niczym grób Agamemnona. Na jej twarzy maluje się niesmak i zakłopotanie. Podejrzewam, że jest zażenowana poziomem rozmowy koleżanki i jej wybranka. W tym momencie silnik tak warczy jakby miał się urwać… słyszę tylko szmery. Wtem dostrzegam mojego wzrokowego ulubieńca. Jest nim brunet wzrostu raczej średniego, ale twarzą niezwykle ubraną w nagą przystojność. Zawsze stoi przy szybie w miejscu dla inwalidów, choć są wolne miejsca. Nigdy na mnie nie patrzy, bo niby dlaczego miałby to robić… chyba, że wtedy kiedy ja tego nie widzę. Ma coś interesującego w twarzy i duże oczy jak dwa brunatne węgielki. Jest ode mnie starszy może dwa, góra trzy lata. Oczekuje swojego przystanku. Jego imię to jeden wielki znak zapytania wiszący nad głową. Mogę nazwać go jak mi się rzewnie podoba. Nazwę go… Aleksander .Tak po prostu, bo pasuje mu do twarzy, a ja lubię imiona na „A” No i wysiadł. A ja jadę dalej. Jakaś kobieta o mały włos nie zgubiła zębów. Wstała, a autobus nie hamuje. Jestem pod szpitalem , mama pewnie jeszcze pracuje, nie ma przerwy zadzwoniłaby. Pani w sztruksowym żabocie o barwie żabiej z przesuszonymi od farby włosami zagląda mi przez ramię, będąc z pewnością ciekawą moich bazgrołów. Napiszę o też coś o niej, już właściwie napisałam. Z tego wszystkiego przejechałam swój przystanek. Szukam w torebce kluczy, znajduje. Kończę opowiadanie. Zamykam zeszyt. Podnoszę tyłek i wysiadam.
Szary przystanek i czarna masa...
PS Nie jestem rasistką :P
I okazuje się, ze posiadam w swoich zbiorach zdjęcie na przystanku :)
Liście są z Google...internetowa natura...
W Google jest wszystko...
Syf
Kiła
I
Mogiła...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz