Strony

czwartek, 28 listopada 2013

Wylewam się.


W rzeczywistości wygląda to jeszcze bardziej intrygująco...


Kiedyś...w którymś z rozdziałów przyszłości zamieszkam tam...


Będzie dziś jeszcze trochę o podróżach.
Małych i dużych.
Tych, które uczą.
Tych, które budzą spontaniczne uśmiechy na ustach.
I Przywołują masę ciepłych westchnień...
Szalonych konturów wspomnień…
Ale będzie również o takich, które istnieją tylko w naszych umysłach…
Które skłaniają do zajrzenia i poznania samego siebie...
I szukania swojego miejsca we wszechświecie…
Pokonywania barier naszej psychiki…
Zdobywanie wiedzy o egzystencji swojego istnienia.
Dziś będzie bardziej o tych pierwszych…
Budapeszt, miasto które otworzyło mi mój zakuty łeb
I przeniosło w inny wymiar
Nie byłam tutaj sama…
Była ze mną pewna dziewczyna, która zapewne kiedyś to przeczyta
I może zaiskrzy się na jej twarzy, choć przez złamany ułamek sekundy prosty
Najskromniejszy uśmiech.
I może też wspomni te kilka dni...
Piszę to trochę do niej i dla niej, bo była i jest mi bliska.
Zawsze wspiera i pomaga.
I otworzyła się tam…
Przede mną…
Może też odrobinę sama przed sobą…
Sprawiła, że zaczęłam ją inaczej postrzegać.
Jesteś w moich obserwatorskich oczach ambitną marzycielką, o wielkim świecie
Ale mimo wszystko twardo stąpającą po ziemi.
Taką, która pokazuje i przedstawia wszystko z zupełnie innej perspektywy.
I chyba mogę się przyznać, że tęsknię…
Że cholernie mi tęskno do tych budapesztowych uliczek
Do tych pejzaży rzeczywistości…
Do tej psychicznej bliskości…
Do rozkminiania nawet najmniej istotnych rzeczy.
I tego całego ogółu naszych rozmów…
Czuję, że gdzieś się rozmyłyśmy
Kompletnie nie wiedząc gdzie nas szukać
Nie byłoby pewnie tego posta, gdyby nie dziewczyna, która podsunęła mi pomysł, żeby to stworzyć…
Napisać
Wyrazić
Od tak…


Dziękuję wam...za to, że jesteście, że mnie wspieracie, że czytacie...i ze mną zawsze przeżywacie :)


Dwie dziewczyny, które na chwile zostały wyjęte z kolorowej rzeczywistości
Czarno-białe, a jednak posiadające tak wiele barw.







Przystanek...autobus...jesień...i jeszcze kilka innych.

Co robi Verena Clu wracając z kółka teatralnego,
Gdy popiętroli jej się rozkład autobusów?
Czeka dwadzieścia dwie minuty w swoim cienkim, podszytym wiatrem biało-czarnym płaszczyku...
Picnieje z zimna...
I pisze bzdurne opowiadania...




Zbliża się jesienny chłód zmierzchu.
Liście zaprzyjaźniły się już na dobre z ziemią. Grają okryte zgnilizną uliczne koncerty.
Wysyp młodzieży, dość nieokrzesanej trzeba przyznać .
Siedzę na przystanku z na wpół wypisującym się długopisem z niebieskim wkładem i czarnym zeszytem w duże białe grochy, robiącym za brudnopis od polskiego. Opisuję jakieś małoznaczące interakcje zachodzące w społeczeństwie. Taka socjologia na dość niskim poziomie. Dla jasności sytuacji uciekł mi autobus, a następny przyjedzie za około dwadzieścia minut. Nadchodzą dwie dziewczyny. Jedna blondynka, druga zaś brunetka. Ta pierwsza usilnie próbuje udawać inteligentną, twierdząc, że matematyka jest w miarę, podkreślam miarę prosta, dyskutując z jakimś bliżej nieokreślonym młodzieńcem w dresie, który zapewne jest jego wyjściowym ubraniem. Brunetka w ładnym chińskim koku milczy. Zapytałabym ich o długopis, ale szybko rezygnuje z zadania tego pytania. Nie chcę im przerywać w wymienianiu się między sobą rozdziałami ambicji jakie im nieustannie towarzyszą oraz późniejszej jakże niesamowicie barwnej słownej dyskusji na wysokim poziomie, której tematem jest „ Ile papierosów może zmieścić się w kieszeni mojego dresu”. Śmie wnioskować, iż Panna Platyna prawdopodobnie jest w poważnym związku emocjonalnym jaki fizycznym z Młodzieńcem od niewiadomej liczby papierosów mieszczących się w jego kieszeni. Mówi o sobie i nim w liczbie mnogiej pod słowem „My”. Pojawia się nowy wątek konwersacji, ma na imię Paulina, swoją drogą całkiem ładnie. Tajemnicza Panna P lekko zasugerowała, żeby Platyna i Dres wybrali się z nią w piątek na cmentarz. Aczkolwiek Blondynka kpiąco ją wyśmiewa. Zapewne bardzo za nią przepada. Swoją drogą to ciekawe czy obie żywią miłość do tego samego odcieniu platyny… Chłopak odejmując peta od ust całuje ją w czoło. A mnie tymczasem ogarnia jakaś ohyda, wyobrażam sobie, że musi zalatywać podobnie jak popielniczka mojej ciotki Stefy. Nadjeżdża autobus linii „1”. Wsiadamy. Sympatyczna Platyna kręci teraz włosy na palcu, idąc jej tokiem myślenia jest w stu procentach przekonana, że to dodaje jej kokieterii , podczas gdy Brunetka nadal milczy niczym grób Agamemnona. Na jej twarzy maluje się niesmak i zakłopotanie. Podejrzewam, że jest zażenowana poziomem rozmowy koleżanki i jej wybranka. W tym momencie silnik tak warczy jakby miał się urwać… słyszę tylko szmery. Wtem dostrzegam mojego wzrokowego ulubieńca. Jest nim brunet wzrostu raczej średniego, ale twarzą niezwykle ubraną w nagą przystojność. Zawsze stoi przy szybie w miejscu dla inwalidów, choć są wolne miejsca. Nigdy na mnie nie patrzy, bo niby dlaczego miałby to robić… chyba, że wtedy kiedy ja tego nie widzę. Ma coś interesującego w twarzy i duże oczy jak dwa brunatne węgielki. Jest ode mnie starszy może dwa, góra trzy lata. Oczekuje swojego przystanku. Jego imię to jeden wielki znak zapytania wiszący nad głową. Mogę nazwać go jak mi się rzewnie podoba. Nazwę go… Aleksander .Tak po prostu, bo pasuje mu do twarzy, a ja lubię imiona na „A” No i wysiadł. A ja jadę dalej. Jakaś kobieta o mały włos nie zgubiła zębów. Wstała, a autobus nie hamuje. Jestem pod szpitalem , mama pewnie jeszcze pracuje, nie ma przerwy zadzwoniłaby. Pani w sztruksowym żabocie o barwie żabiej z przesuszonymi od farby włosami zagląda mi przez ramię, będąc z pewnością ciekawą moich bazgrołów. Napiszę o też coś o niej, już właściwie napisałam. Z tego wszystkiego przejechałam swój przystanek. Szukam w torebce kluczy, znajduje. Kończę opowiadanie. Zamykam zeszyt. Podnoszę tyłek i wysiadam.


Szary przystanek i czarna masa...
PS Nie jestem rasistką :P



I okazuje się, ze posiadam w swoich zbiorach zdjęcie na przystanku :)


Liście są z Google...internetowa natura...
W Google jest wszystko...
Syf
Kiła
I
Mogiła...



środa, 27 listopada 2013

Mężczyzna do kochania.

Będzie krótko
Dość zwięźle
I na temat
Choć nie wiem, czy mężczyzna to...
Temat odpowiedni do pisania.



Jak przypływ morza…
Jak promień Słońca…
Odległy jesteś
Jak powiew wiatru
Jak cichy głos
Tajemniczy jesteś
Wrażliwy jak poeta…
Jesteś mężczyzną do kochania
Choć jeszcze nigdy Cię nie spotkałam.




Oczekując spotkania, pozdrawiam Panów do Kochania :)

wtorek, 26 listopada 2013

Trzy kropki...jedna kropka.

Towarzyszy mi ostatnio jakiś kompletny brak weny…
Albo coś w rodzaju braku głębszych, niezalatujących płycizną procesów myślowych.
I w ogóle wszystko jakieś takie rozmyte…
Zimne…
Mroźne…
Szare i przerażająco nudne…
Po za kółkiem teatralnym u Pałosza nic się nie dzieje…
Albo to ja stoję w martwym punkcie ludzkości…
Jutro poprawa z matematyki …
Nauki powszechnie znienawidzonej przeze mnie, ostatniego ŚCIERWA…
Niby takie logiczne, a kompletnie pozbawione sensu…
Nieprzydatne humaniście…
Bo czy idąc do LIDLA, Kaufa, czy Biedry stojąc w kolejce będę wyliczać jakiś trójmian kwadratowy
Potocznie zwany DELTUNIA…?
No raczej słabo to widzę.
Przeraża mnie moja niewiedza matematyczna, w której tkwię odkąd tylko sięgam pamięcią
I pomaga mi tylko coś, co ma bardzo niewiele wspólnego z algebrą, jakieś akwaria…
Osobne akwaria…
Z pływającymi rybkami…

___________________________________________________________________________________

Abstrahując od królowej nauk…
Poznałam dziś pewnego człowieka, ma na imię Artur
Lubię imiona na „A”.
Do niedawna znałam go tylko z jakże barwnych opowiadań.
Intrygująca postać…
Pewnie nigdy tego nie przeczyta, bo jak sam stwierdził komputery to dla niego czarna magia, chociaż nie wiem ile w tym prawdy…
Bo nie mogłam go rozgryźć kiedy kłamał, a kiedy mówił prawdę…
I oznajmił mi, że nie znam się na ludziach...
I to był ten moment, w którym dowiedziałam się o sobie czegoś nowego.
Swoim specyficznym sposobem bycia przypomina mi romantycznego bohatera
Na przywitanie pocałował mnie nawet w rękę.
I całkiem zdawał się mnie zauważać…
Było w nim jeszcze coś dziwniejszego, a mianowicie
Wewnętrznie się go obawiałam…
A najbardziej tego, że jego umysł okaże się bystrzejszy od mojego.
Wspominał coś o wierszach, że czyta, że pisze
I jakby tego było mało gra na puzonie….
Jeszcze dziwniejsze od mojego lęku, był fakt, ze podobała mu się moja gra…
Możliwe, ze mnie podpuszczał, faceci częściej niż często mają w zwyczaju podpuszczać…
W takim razie dałam się doszczętnie podpuścić, bo był nad wyraz wiarygodny…
Ostatnim zdarzeniem z życia Vereny Clu to dojście do wniosku, że...
Aktorstwo nie jest dla mnie.




PS Dominika, wiem, że czasem wchodzisz i czytasz...Dzięki za matmę i za akwaria i za rybki :)

Popaść w nicość...

Wygrzebany z szuflady stary wiersz...
Wtorkowy wieczór...
Mam wszystko gdzieś...


***

Gdzie są te lata, kiedy marzyłam?
Przecież bez marzeń człowiek umiera…
Może ja już umarłam ?
Leżę już w ciemnej trumnie, która gnije zmoczonej ziemi ?
A moje serce pochłonęła głębia zranionej duszy ?
Po twarzy ze starannie zrobionym makijażem pląsają robale, które maja podziemny bal…
A moje kiedyś delikatne policzki
To ich parkiet
One wirują, w takt walca
Bawią się w najlepsze na mym martwym zimnym ciele?
Jestem bezwładna
Tak beznadziejnie bezsilna
Czuję jak bardzo pragnę zmienić pozycje
To leżenie na wznak już mnie znudziło…
Ale nie mogę, bo przecież jestem już tylko martwą materią
Przerażajace…
Że mam wciąż tą sama zniewieściałą mimikę twarzy
Nie namaluję już żadnej emocji
I nie wydam żadnego westchnienia
Jestem emocjonalnym zużytym tchem, bez wybrzmienia
Nawet cichego…
Nie mam już niczego…



poniedziałek, 25 listopada 2013

Verena Clu odsłania się z rana...

Poniedziałek...
Rano...
Zaspałam półtorej godziny...
Słabo...
Coś białego, zbyt białego prześwituje spod rolety...
Odsuwam a tam...a właściwie tu...
Śnieg, pierwszy...chociaż w sumie to był też w marcu i kwietniu...
Cofam...to już jakiś trzydziesty pierwszy :)

Widok z mojego Pentahausa urzeka mnie...
Te wszystkie domki i ich dachy lekko obsypane śniegiem.
Poezja



Słoneczna kula przez chmury śniegowe się przedziera


I nawet niebo momentami maluje się w błękicie...:)


I jakiś ledwie widoczny mężczyzna zlewa się z tłem, bo ubrany tak smutno i szaro, pies nie lepszy...z góry ciekawie wyglądają...


I nagle odsłaniasz swoją twarz przed czytelnikami...Verena Clu w niecałej okazałości


Poranna przymiarka kapeluszy...do przedstawienia "Lekcja" w reżyserii Pałosza


Odsłona kolejna, tym razem bardziej wysublimowana...Lubię kapelusze, mają klimat taki zwrotnikowy :)


piątek, 15 listopada 2013

Tolerancyjna rozkmina...

Trochę tolerancji...
Jestem pod wrażeniem...
Bo dziś po raz pierwszy ktoś coś mi zadedykował...
Lubię takie dni jak ten
Mogłoby być ich znacznie więcej.
Ale nie narzekając, po prostu cieszmy się nimi :)


„Obserwator tolerancyjny”

Ilekroć razy spoglądam na ludzkie zachowania wnioskuję, że tolerancja powinna być elegancką kreacją, w którą ubrałby się każdy, nawet najokrutniejszy człowiek tego świata. Tolerancja to imię, które każdy z nas powinien nosić za pierwsze. Ogarnia mnie żałość bolesna, jakiś wewnętrzny ból istnienia, gdy widzę jak niepełnosprawnego palcami się wytyka, czasem wystawia mu się palec środkowy, w celu jakieś idei odmowy . Gdzie są Ci ludzie z sercami i dłońmi otwartemi , co schylą swe kręgi do samej ziemi, by podnieść kalekę i na wózku posadzić. Podadzą dłoń, podarowując uśmiech serdeczny na dzień dobry? Błądzę gdzieś, szukając ich naiwnie. Inność w rzeczywistości dzisiejszej nie jest akceptowana nawet w jednej setnej. Niepełnosprawność na tle kart życia, które ludziom ucieka za pościgiem atrakcyjnego wyglądu, stawiając za cel osiągnięcie fizycznego ideału, powoli… pomału tracą i gubią duszę człowieczą, a serca niepełnosprawnych obojętnością kaleczą.
Tolerancja to nie jest rzecz, ani ogólnie przyjęta definicja, tylko uczucie towarzyszące naszej duszy. To akceptacja dla drugiego, różniącego się od nas jakimś detalem człowieka. Gdybym była Bogiem, stwórcą tego świata, tolerancja zostałaby wpisana w ludzką naturę, kulturę. Życie pisze wszelakie scenariusze…
Dziś możesz być zdrowy i sprawny jutro kaleką, bez nóg i rąk… ale czy to coś zmienia w twoim wnętrzu? Tak… bo zaczynasz czuć, odczuwać znacznie więcej niż miałeś w zwyczaju dotychczas. A z krzywdy jaką sporządził Ci los dusza i serce napełniają się pięknem. Choć jesteś niepełnosprawny, to bogatszy duchowo od najsprawniejszych.
Nie bójmy się tego powiedzieć, że człowiek niepełnosprawny ma sprawniejsze serce. Niepełnosprawność maluje świetlisty obraz skrojony żałosnością ludzi zdrowych, pogrąża ich nieakceptację. Brak szacunku do drugiego mniej sprawnego człowieka. Trudno określić co jest tolerancją, a co nie. Tolerancja jest uosabiana z sercem i umysłem każdego porządnego człowieka.
Pamiętam, kiedy mój niepełnosprawny przyjaciel pokazał mi pewien kadr.
Był to mężczyzna na wózku, bez rąk i nóg i miał obok siebie piękną sprawną kobietę. Powiedział, że odczuwa ból, bo może uścisnąć ją tylko swoim umysłem.
Uważał, że nie może dać jej poczucia bezpieczeństwa, lecz ona czuła się w pełni bezpieczna. Po chwili objęła go czule. Trwali w tym objęciu przez dłuższą chwilę. Zrozumiałam i dostrzegłam coś, czego wcześniej nie widziałam. Ona go pokochała, i to doskonale obrazuje, za co powinno się kochać. Nie za przystojną twarz, nie za cielesną sprawność, tylko za spokój serca, bądź jego ogień.
Za piękny umysł i intelekt, którego posiadaczem może być również kaleka. Uwolnijmy się , więc od braku akceptacji, a napełnijmy dusze tolerancja. Przewartościujmy aspekty życia, bo warto. Bądźmy pomocnymi, albo chociaż tolerancyjnymi. Tolerancja nie kosztuje milionów, nie jest materialna. Tolerancja to jeden uśmiech w poczekalni, tramwaju autobusie. Inność to nie jest zło, czasem to koleina losu, w którą popada człowiek. Mimo całej jego niepełnosprawności, nie przestaje być istotą ludzką, a niekiedy jest bardziej ludzki niż zdrowy człowiek. Tolerancja polega również na tym, aby nie być silnym tylko i wyłącznie psychicznie, ale zdecydowanie psychicznie. Zamiast nosić drogie ubrania, markowe zegarki, nośmy coś głębszego w samych sobie, coś co nazywa się tolerancja.

niedziela, 10 listopada 2013

Odkurzone Rozdziały...

Odrobina refleksji.
Odrobina wspomnień.
Wytartych z kurzu...






Zamykamy pewne rozdziały w losowych ścieżkach, by hermetycznie zamknąć się i uciec od przeszłości. Przynajmniej ja zawsze tak robię. Chowam się do skorupy i nikomu nie daję kluczy. Skorupa jest rozmiarów dużego pudełeczka po tic-tacach . I tam wszystko wspominam, przetrawiam, filtruje. To takie malutkie miejsce zamieszkania mojego wewnętrznego, głęboko skrytego samotnika. Samotnik nie jest brzydki, ani ładny. Jest raczej przeciętny, za to posiada pamięć idealną. Pamięta wszystkie doznane i wyrządzone krzywdy, a imiona i nazwiska poukładane w kolejności alfabetycznej. Jest małomówny, lubi słuchać starych upitych sentymentalizmem piosenek, których ja słuchałam, gdy zapisywał się dany rozdział.
Stary rozdział otwiera się… znajduje jakieś świeże źródło z punktem odniesienia do przeszłości. Lękam się tego… rozumiejąc zbyt mało i ponownie przyglądając się zakurzonym błędom. Ogarnia mnie żałość, na myśl, że mogłabym popełnić je po raz kolejny.
Rodzi się wniosek „Nie uczę się na błędach” w następstwie narasta we mnie strach przed starymi rozdziałami. Mój żywot pełen jest ostrych zakrętów, lekkich wzlotów i ciężkich upadków, po których zbieram się zwykle dłużej niż zwyczajny śmiertelnik, zatruwając życie najbliższym, następnie zamykając się w skorupie i udając, że wystąpiła znaczna poprawa. Można to określić terminem „ Teatr życia”. Opanowałam go już do perfekcji, samotnie ustalając jego zasady i zastosowanie. Zamykam się, tak po prostu, bez głębszej argumentacji i bezpodstawnego uzasadnienia, a przy tym wszystkim towarzyszy mi jakiś ból wszechobecnego istnienia, niczym z życia romantycznego bohatera. Jestem wybita jak palec po koszykarskiej grze z rytmu mojego porządku duchowego, a harmonia zostaje zaburzona. Mój mur bezpieczeństwa zostaje zdewastowany. Nie potrafię wyzbyć się tych wszystkich uczuć, dobrych i złych. Kalkulując zestawiam teraźniejszość z przeszłością. Teraźniejszość ubrana jest w eleganckie koszule z idealnie dobranym każdym detalem. Przeszłość krótko-ściętą dziewczyną z dość specyficznym charakterem. Analizując stare rozdziały za trzy tysiące pięćset pięćdziesiątym ósmym razem dostrzegam definicje życiowych wyborów, zysków, strat i szans. Szans, które karmią nas ludzi każdego dnia , posypując nadzieją. Życie daje nam miliony małych szans i kilka ogromnych.
A my ile dajemy samym sobie? Ja więcej niż miliony.
A innym… Tylko dwie.
To mało… Zbyt mało.
Maluteńko.




Mam dla was jeszcze coś dla ucha
Ewentualnie może być też dla brzucha...
W ruch mogą iść również serca


http://www.youtube.com/watch?v=hm81xtQdV60

poniedziałek, 4 listopada 2013

Dawno stworzyłam ten wiersz...
Dość dawno by nabrać do niego zdrowego dystansu
I móc go tutaj opublikować...




***

Z  odległych głosów pragnienia
 Wyłaniają się francuskie pieśni
Pełne romantyzmu
Blasku krętych uliczek wykładanych  szorstką kostką
I ta wrodzona gracja przeplatana niczym warkocz z elegancją
Ach… te kobiety w słonecznych kapeluszach
Uwodzą mnie swoimi spojrzeniami
Są tak głęboko skryte
Prowokujące wnętrzem inspiracji
Męskie w kobiecym wydaniu
Z pochłaniającą moje myśli nutką kokieterii
Pikantne i łagodne zarazem…
Z Francją w sercu
Z Francją w duszy
Z dźwiękiem francuskiego akordeonu
Z francuska kobietą, o dzikiej fantazji
Do łóżka pójdę dziś spać…
Witam Was, tą chłodną wieczorową porą...
Jak minął wam dzień? Mam nadzieję, ze tak samo dobrze jak mój...
Powracam z nowym opowiadaniem, świeżuteńkim, niczym bułeczka z piekarni...
Napisane w autobusie na kolanie, wypisującym się długopisem...
Nie ma zakończenia...
Ale klawiatura i elektronika potrafią zdziałać cuda...
Przyjdzie jeszcze czas na zakończenie...
I bez tytułu, bo nie lubię tytułów...
I kropka.

***



I znów się spotkali, po 5 latach …
Ona szła zdecydowanym krokiem przez ulice zachłyśnięte jesienną aurą Warszawy.
On właśnie wychodził z korporacji.
Jego postać nie uszła jej uwadze, zawsze była nad wyraz spostrzegawcza. Rozpoznała go natychmiast.
Był nadal tak samo diabolicznie przystojny, nienagannie niezmienny.
`Tylko jego ubiór był teraz szykowniejszy i gustowniejszy niż ona mogłaby kiedykolwiek przypuszczać.
Perfekcyjnie skrojony garnitur w odcieniu głębokiego granatu stojącego na pograniczu z czernią.
Koszula niebieska ,w odcieniu jasnego błękitu nieba, podkreślająca szafir oczu.
I nareszcie twarz… wciąż młoda, z łagodną lekkością zmarszczek, odziana w ogrom pewności siebie.
Uderzyła ją pierwsza faza lodowatego gorąca
Gorąco…
Zimno…
Lodowato…
Przeraźliwy chłód…
Chciała ze wszystkich swoich sił krzyknąć jego imię…
To, którego nie wymawiała przez te wszystkie lata nieobecności…
Ale nie mogła…
Mózg nie wysyłał jakiegokolwiek jednosekundowego impulsu do gardła, nie była w stanie wydobyć z siebie pięcioliterowego dźwięku.
Niosło się jedynie echo w jej temperamentnym wnętrzu serca.
A przed oczyma zarysowały się na nowo wszystkie obrazy beztroskich wspomnień z nim.
Z każdą sekundą były coraz to świeższe, bardziej wyraziste.
Te wszystkie pieskie dni, które dobiegły końca.
         Spostrzegł ją.
I stanął jak pal wbity w ziemię.  Spojrzał subtelnie spod lekko wywiniętych rzęs , z sentymentem pełnym odległych uniesień serca.
To nie było zwyczajne spojrzenie stęsknionego mężczyzny względem dawno niewidzianej kobiety.
Nie było w nim ni krzty obojętności wobec niej.
To coś w rodzaju skrytego pragnienia płynącego z najgłębszych zakamarków jego duszy.
Niespodziewana potrzeba i okazja wpatrywania się w nią bez zbędnych, mdłych słów jak na obraz w złotej ramie.
               Szli teraz ku sobie…
Nie sposób zliczyć ich myśli… częstotliwość ich brzmienia i samoistnego tworu.
Oboje doskonale wiedzieli, że to nie jest spotkanie dwojga ludzi,
Przeciętnie znających się tylko z kilku pachnących płycizną rozmów o polityce.
Oni znali się w każdej sferze umysłów…
Na polu psychicznym, fizycznym, intymnym.
Każde jedno było świadome wad i najsłabszych punktów drugiego.
Występowało miedzy nimi bolesne zaciśnięcie serc.
Serc samotnych…
Które przez jakiś ułamek życia policzony w latach, czy dniach podążały razem.
Jedną ścieżką…
Ale w pewnym momencie po prostu znalazły się na rozstaju ścieżki…
I każde świadomie wybrało inną…
Lecz biły nadal tym samym regularnym rytmem, nie zdając sobie z tego sprawy.
             On pewniej podążał w jej stronę. Jakby zobaczył słońce w środku pochmurnej zimnej nocy, do którego gna.  Był coraz to bliżej…
A z każdym przebijającym się zza chmur słonecznego promienia ta bliskość stawała się narastająco niebezpieczniejsza.
I stało się…
Przywitał ją ciepło nie wahając się przy tym ani chwili.
W tym momencie jej policzek zapłonął ogniem niczym kominek do którego dołożono drewna.
Narodziła się nowa rozżarzona iskra.
Ich oczy o jednakowej barwie spotkały się na złamany ułamek sekundy.
Wreszcie z jego skromnie wydatnych, charakterystycznych ust w kolorze ciemnej maliny padły słowa.
Tylko on miał takie wargi. Jeden jedyny. Nikt przed nim, nikt po nim.
- Cześć-powiedział lekko zmieszany sytuacją.
-Witaj-odparła teraz głośno, aby udać swoje zdecydowanie.
Bywała wysublimowaną aktoreczką, w ogromie sprytu, ale on doskonale to wiedział…i zawsze dotrzymywał jej w tym kroku.
-Pięć lat…a my spotykamy się tutaj…co u Ciebie ?- zapytał z radością brzęczącą w głosie.
-Pięć lat razy 365 w roku odejmując jeden dzień w przestępnym daje nam jakieś 1824 dni.-Zaszeleściły niczym jesienne liście jej pełne złocistych barw słowa.
-Nauczyłaś się matematyki…- Odparł zdumiony.
-Ty mnie nauczyłeś…rzuciła z natką kokieterii w głosie
-Gościsz w stolicy? -Zapytał dociekliwie z lekkim przekąsem
-Mieszkam.- rzekła składając kąciki ust w lekki uśmiech
-Jak długo?- Dociekał nadal, spoglądając ukradkiem na opadające w całkowitej subtelności jasne promieniste malowane dojrzałym zbożem włosy.
-Jakieś cztery miesiące- Odparła swobodnie, czując przewagę nad jego ciekawością.
-Sama ?-Dopytywał idąc coraz to dalej.
-Bezpośredni jak zawsze… Tak. -
-Od Zawsze Cię tu ciągnęło.
- Dokładnie tak jak Ciebie.
-Urosły Ci włosy
-Włosy mają to co siebie, że rosną – rzuciła z brawurą bystrości w głosie.
Roześmiał się drwiąco jak miał to w zwyczaju robić zawsze po tym, gdy brakowało mu słów grających w ich słownym teatrze. Wpatrywał się, z lekką zadumą. Jakby wspominał dni płodne w tysiące głośnych uśmiechów i słyszał teraz ich ogłuszające go echo. Pragnie jak dawniej po prostu chwycić lekko jej dłoń i powiedzieć „chodźmy do kina”, ale tego nie robi. Brakuje mu odwagi. Szuka w głowie czegoś innego… I po chwili błogiego milczenia brnie w rozmowę dalej…
-Może kawa ?- zapytał




Cześć, Poniedziałek...
Piękny słoneczny dzień nam się szykuje w Pabianicach. Aż chce się wstawać i ruszać świat.
Ja zaraz wyruszam do szkoły, ale zanim podzielę się z wami moją weną twórczą. Napisałam to jakiś czas temu...
I udowodniłam sama sobie, że Pabianice nie są takie złe jak mi sie wydawały...
Zapraszam w podróż oczyma wyobraźni po moim skąpanym dziś w słońcu mieście.
A po południu polecam spacer po parku na złapanie oddechu.
3majcie się Poniedziałkowicze !
Śle wam uśmiechy moim aparatem ortodontycznym...
I życzę po prostu....
Miłego dnia ! :)))





                       „ Pamiętniki Pabianickie ‘’


     Patronko II Liceum Ogólnokształcącego w mych rodzimych i pachnących jesiennym dziś dzień deszczem Pabianicach. Jadwigo z olejnego portretu, co spoglądasz na mnie z dumą. Rozpalasz we mnie aurę poetyckiego  natchnienia. Skłaniasz bym na stronice historii pabianickiej ziemi spojrzała i rozpłynęła się niczym z obłoków strącona. Spoglądam zatem i widzę oczyma wyobraźni…
     Historię pabianicką, która ma swe źródło u niewielkiej osady nad rzeką spokojną i cichą płynącą półszeptem co od dobrej dziewki Dobrzynką została nazwana.
     Gdy pędrakiem byłam, babulina naleśniki smażąc legendy mieściny mi opowiadała, a brzmiały one ciekawie i smutno zarazem.
    Dawno, dawno temu przed dziejami naszymi, żyła tu ponoć księżniczka, a imię jej brzmiało Pabjanka, ludzie powiadali, że z komnaty swego zamku rzadko wychodziła, a jeśli już to nocą ciemną, bo niczym nocka listopadowa szpetna była…Piękna zewnętrznego pozbawiona złote serce miała dla poddanych, a wiara chrześcijańska od stóp do głów po niej spływała. Biedulka tunelem łączącym zamek z kościołem św. Mateusza chodziła, by w modlitwie się zanurzyć i o brzydocie swej nie myśleć.
    Chcąc nie chcąc legendzie tej wierze, gdyż w tunelu pod zamkiem byłam , sprawdziłam- istnieje naprawdę!
   Pabianice i ich murowane dziś kamienice nazwę swą zawdzięczają właśnie tej księżniczce.
     Idąc dalej ścieżką liści złocistych, poprzez chodniki szare i wyboiste rozpościera się przede mną targowisko mgliste…
      Siwy starzec pojazdem konnym wjeżdża, słychać odgłos stukających końskich kopyt, huk…gwar ludzi…
     Kupcy, handlarze, rzemieślnicy po jednej i po drugiej rynku stronicy. Kobiecina charakterna pantofle skórzane sprzedaje. Młodzieniec krzyczy głosem męskim i donośnym niczym z sejmowej mównicy:
„Kupujcie Pabjanki i Pabjaniczanie świeże bułeczki na śniadanie! „
Ktoś stuka, ktoś puka ludziska przemieszczają się drepcząc od stoiska do stoiska. Tu ogórki, tam kapusta, czasem do kupienia elegancka chusta. Stary rower kołem dzwoni, handlarz złodziejaszka goni i krzycząc : „Złodzieju, hultaju, wracaj czym prędzej! „ – A to wszystko zawdzięczamy krakowskiej potędze- Kazimierzowi Wielkiemu, który tej mieścinie pabianickiej nadał wtorki i piątki jako dni targowickie. Tradycja ta trwa po dzisiejsze czasy… nadal słychać tu wtorkowo-piątkowe hałasy.
    Podążam coraz to dalej i głębiej też zaglądam…
Przebijam się ulicą Zamkową przez miasto stare. Podziwiam budynki, fabryki ceglane, takie zapomniane przez wszystkich lata świetności miasta schowane na dnie serca. Kiedyś tętniące życiem, dziś jedynie tandetą jaskrawo błyszczące. Wpisane w sławę miasta tego.
     Przenikam myślami mury , przesiąkam ich specyficznym fabrykanckim zapachem. Wtem dostrzegam komin ogromny, czerwono-białe pasy malowane kłaniają się ku niebu.
   Ach, te przestarzałe pabianickie manufaktury. Tak bardzo urokliwe. Budzące sentyment rozwoju miasta tego. Potęgą wełny i bawełny niegdyś były. Przemysł, przedsiębiorstwa, interesy…
Trach, bum, nie ma ! Przed laty z hukiem upadły, odbijając się echem pustych zimnych murów.
Zostawiam upadłych fabrykantów. Zmierzam ku kościołowi w nadziei na ujrzenie złocącej Parku Słowackiego zieleni. Uradowane oczy moje, widzą kasztanowca, szczęściarz  owoce dojrzałe zrzuca na ziemię co by lżej mu było. Liście suche pod obcasem szeleszczą przytulnie, wiatr zamiata ścieżki i ulice.  A ja siadam na ławeczce pod grabem pospolitym, co zawsze otuchy mi dodaje.  Wyciągam ponownie z torby „ Pamiętniki Pabianickie” spod pióra babci mojej. I czytam myślą głośną historii przebieg idący głęboko w krwiobieg.
       II Wojna Światowa straceńców pora… Strzelanina w Parku Wolności.  Trzystudwudziestu żołnierzy poległych w lesie , walczących ostatkiem godności i duszy, aby nie splamić pabianickiego honoru cierpiący katuszy. Krwią zalani, pod tymi wysokimi drzewami, jeden na drugim pogrzebani. Leśne to cmentarzysko „ Strzelnicą” zwane.
      Dudni mi w uszach dźwięk pistoletu i nagła cisza, brak jakiegokolwiek oddechu… w grozie tych czasów nawet ptak śpiewać przestaje. Brzmi przeraźliwie jedynie melodia wojenna. Idą zabijać młodzieńcy przystojni w imię swojej ojczyzny małej, broniąc miasta mury, każdą dzielnice i pabianicka  okolice.
     Studiując dalej pożółkłe stronice malują się szyny srebrzyste, a po nich przez środek ulicy biegnie tramwaj rozpalony i ugięty pod ludności ciężarem. Starcy zmęczeni wracają z rynku z zakupionym rano towarem. Jedni wysiadają, drudzy jadą dalej w tej podróży zatraceni.
   A ja mijając resztkę zieleni wracam do babcinej sieni, by pamiętnik oddać. Nachodzą mnie myśli o Pabianicach, ale nie tylko o nich istnieją przecież inne miasta. Piękniejsze i brzydsze. Ciekawsze i mniej interesujące, lecz moje Pabianice to bliscy przyjaciele i rodzice. Ciągłe zgłębianie historii i ucieranie nowych ścieżek życia. Pielęgnowanie sercem patriotyzmu regionalnego i tworzenie czegoś wartościowego.  Apeluję, kochajmy swoje miasta miłością szczerą i bezgraniczną. Zapisujmy w młodych umysłach i zaszczepiajmy w nich cząstkę siebie. Pabianice- maleńka ojczyzna z bramą dla marzeń otwartą.
Wiecie co zrobię, gdy zostanę sławna? Przywrócę lata ich świetności. Rozsławię na nowo, zrobię coś dobrego. By wszyscy o tym miejscu usłyszeli, bo ukształtowałam tu siebie. Dusza moja tutaj na zawsze pozostanie, a serce w grobie przy matce zostanie złożone. Ze świata wielkiego wrócę do korzeni, tu gdzie pabianickie rosną kasztany.